poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Przez niekończące się lasy

Z Vimmerby ruszyliśmy powoli na północ, zatrzymując się na kilka godzin w Sztokhomie. Ja i Ukasz zwiedziliśmy to miasto już za naszej poprzedniej bytności w Skandynawii, 7 lat temu, więc tym razem spędziliśmy leniwie czas w parku podczas gdy Gosia i Marta zwiedziały muzeum Statku Wasa. Potem przeszliśmy się po starówce i zjedliśmy pyszne smażone śledzie z ulicznej budki, niczym nie przypominające śledzi, które jadamy w Polsce. Sztokholm to piękne miasto, z każdej strony widać setki jachtów i łódek oraz niezliczone wyspy. Już drugi raz trafiliśmy tu na nieziemski upał, żar lał się z nieba niczym w Polsce w tym samym czasie, morze lśniło i migotało i wszystko wyglądało niezwykle uroczo. 7 lat temu, snując się po wąziutkich uliczkach Starego Miasta trafiliśmy do irlandzkiego pubu, w którym sprzedawano nasze ulubione piwo - Caffrey's. Okazało się, że nasza pamięć wzrokowa wciąż działa dobrze, ponieważ udało nam się go odnaleźć bez większych problemów, i to pomimo iż kompletnie nie pamiętaliśmy szczegółow lokalizacji. 

Sztokholm to jednak miasto, które zasługuje na co najmniej weekendowy pobyt, a nie jeden dzień przejazdem, dlatego nie próbowaliśmy nawet zwiedzać więcej, tylko wyruszyliśmy dalej. Godzinę drogi od Sztokholmu leży Uppsala, nieduże miasto z najstarszym w Szwecji uniwersytetem, rodzinne strony Linneusza i Celsjusza. 7 lat temu przyjechaliśmy tu za późno, aby zwiedzić dom i muzeum Linneusza, tym razem historia się powtórzyła - spóźniliśmy się zaledwie o kilka minut! No cóż, przeszliśmy się za to po ogrodach, a ja sobie obiecałam w duchu, że do trzech razy sztuka i jeszcze kiedyś tego Linneusza przydybię!

Kolejnych miasteczek po Uppsali nie pamiętam. Nie pamiętam, bo ich prawie nie było. Jechaliśmy trzy dni przez niekończące się, coraz niższe lasy. Gdzieniegdzie stały tabliczki z nazwami miejscowości, po czym mijaliśmy jeden lub dwa domy w lesie i miasto się kończyło. Wszędzie za to były jeziora, a nad prawie każdym stał pojedynczy, czerwony domek. Zazdrościłam Szwedom tego, że mogą spędzać wakacje w tak nieprawdopodobnym odosobnieniu i dziczy, ale tylko do momentu, gdy zatrzymywaliśmy samochód i otwieraliśmy drzwi. W mgnieniu oka otaczały nas chmary komarów-mutantów, ogromnych i nic sobie nie robiących z Offa i Autanu, a ja z zazdrości przechodziłam do podziwu, że oni dają radę w takich warunkach spędzać lato. Pierwszą piosenką, której Ola nauczyła się na tym wyjeździe, było "Lato z komarami";)

Na drugim kempingu Ola nawiązała pierwsze bliższe kontakty z miejscowymi dziećmi. I pierwszy szok - oni mówią po szwedzku:) Dla mojej córki, która była już przecież za granicą, było to jednak duże przeżycie. Gdy wcześniej spotykała się z obcym językiem, słyszała go raczej, gdy ludzie mówili do nas. Teraz jednak bawiła się sama, w oddaleniu ode mnie, gdy otoczyła ją grupka szwedzkich chłopców chcących koniecznie zajrzeć do wiaderka, w którym pływały złowione przez nią siatką rybki;) Początkowo spanikowała, że nie potrafi się dogadać, ale po jakimś czasie przełamała się i spróbowała zrozumieć coś z gestów. Na kolejnych kempingach było coraz lepiej, aż pod koniec w Finlandii sama spróbowała dogadać się po angielsku i nawet jej się to w jakimś stopniu udało:)

Kolejną noc spędziliśmy nad jeziorem i po raz pierwszy zmarzliśmy. Coraz dłużej też było jasno, chociaż przed północą zapadł wreszcie zmrok i musiałam zapalić latarkę. Ostatni raz na długo. Rano lało i namioty zwinęliśmy mokre, na szczęście po całodziennej jeździe udało nam się znaleźć kemping z wolnymi domkami w bardzo przyzwoitej, chociaż już norweskiej, cenie. Byliśmy już blisko morza i trzeba było się zorientować, którędy dopłynąć na Lofoty. Jak to jednak zrobić, skoro internetu nigdzie nie ma? Nie przewidzieliśmy tego wcześniej. Podczas poprzednich wyjazdów kafejki internetowe były na każdym kroku, czy to na argentyńskiej pampie, czy w wietnamskich górach, a tymczasem na północy Norwegii nie mogliśmy znaleźć ani jednej. Zostawiliśmy sobie jednak ten problem na kolejny dzień, a ja zostawię go na kolejną notkę:)

środa, 04 sierpnia 2010
W świecie Astrid Lindgren

Wróciliśmy, rozpakowaliśmy się w miarę, czas więc na relację z podróży, tym razem nietypową, bo nie na żywo. Będzie za to zawierać jakieś zdjęcia, na razie wszystkie autorstwa Gosi, jako że Marta pojechała się dogrzać na czarnogórskich plażach, a nasze dopiero pojechały w długą podróż linią Fotojocker. Gdy już je wywołamy i zeskanujemy, to może i one się pojawią, aczkolwiek wypadałoby najpierw zeszłoroczne wstawić;) Ale przecież nie będę mieszać jasnych i gorących obrazów azjatyckich ze skandynawską melancholią....

Wyruszyliśmy o 2 w nocy, po zaledwie 50 minutach snu, przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Nasz prom odpływał z Gdyni o 9 rano, trzeba było więc jechać nocą. Na szczęście w połowie drogi mogliśmy zrobić przerwę na kawę i bardzo wczesne śniadanie u rodziców Gosi. Do portu dotarliśmy nawet przed czasem.

Płynęliśmy liniami Stena Line, które od pierwszej chwili zrobiły dobre wrażenie - przywitały nas uśmiechnięte animatorki, wychwytujące już przy wejściu dzieci. Ola dostała kolorowankę i zaproszenie na gry i zabawy dla dzieci, my zaś na konkursy dla dorosłych. Prom Stena Baltica jest zresztą nastawiony na rozrywkę, a nie zwykły przewóz osób. Jest specjalna sala zabaw dla dzieci, a w dużym barze przez cały dzień animatorzy prowadzą różne zabawy, są wyświetlane filmy. Ola była nawet na występie magika!

Pogoda była piękna, a Bałtyk wyglądał prawie jak jezioro - tafla wody była praktycznie nieruchoma. Spędziliśmy dzień na leżakach na pokładzie, czytając i przynajmniej częściowo odsypiając zarwaną noc. Do Karlskrony dotarliśmy o 19.00 i natychmiast po zjechaniu z promu wyruszyliśmy na północ w poszukiwaniu kempingu. Byliśmy okropnie zmęczeni i jednak wciąż niewyspani. Na szczęście kemping znalazł się po niecałych czterdziestu kilometrach - na szczęście, bo nie mieliśmy już zbyt dużo cierpliwości do szwedzkich ograniczeń prędkości i wszechobecnych radarów.

Kemping był uroczy. Jak się zresztą okazało, większość kempingów w Skandynawii jest pięknie położona i naprawdę komfortowa. Na każdym jest plac zabaw dla dzieci, dobrze wyposażona kuchnia, często jadalnia i świetlica, o ładnych, przestronnych łazienkach nie wspominając. Przeważnie była też plaża, tak jak tutaj - szeroka i łagodna, tym razem trawiasta, jako że Bałtyk od strony północnej wygląda nieco inaczej. Wieczorem padliśmy od razu po rozłożeniu namiotów, ale rano spędziłam z Olą sporo czasu nad wodą.

Przed południem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem było Vimmerby - rodzinna wioska Astrid Lindgren. Znajduje się tam park tematyczny poświęcony jej książkom, miejsce marzeń Oli. Wstęp jest upiornie drogi (za mnie i Olę 200 zł) jak zresztą wszędzie w Skandynawii, ale też miejsce warte jest swojej ceny. Po przejściu przez bramę wchodzi się do świata miniaturowych domów i staroświeckich zabaw. Jest mnóstwo ludzi, ale nie ma tłumu - park jest tak przestronny i tyle tu atrakcji, że nikt nikomu nie przeszkadza.

Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście w stronę trzech zagród Bullerbyn - jest to ukochana książka Oli i jej wymarzone miejsce. W drodze do Bullerbyn zboczyłyśmy jednak najpierw pod Willę Śmiesznotkę, czyli domek Pippi Pończoszanki. Trwało akurat przedstawienie, wprawdzie po szwedzku, ale jakoś nam to nie przeszkadzało.

Aby nie trudzić się schodzeniem po schodach, z Willi można zjechać po zjeżdżalni - typowe dla Pippi, prawda?

Następnie zajrzałyśmy do miniaturowego miasteczka, które jest kopią Vimmerby z czasów, gdy Astrid była małą dziewczynką. Jest tu sporo miejsc, które zostały później uwiecznione w jej książkach, na przykład sklepik ze słodyczami, w którym Pippi kupiła 18 kilo cukierków. Gdy zajrzy się do niego przez okienko, można zobaczyć tę właśnie scenkę.

Trzy zagrody Bullerbyn są równie malutkie. Ola nie mogła się nimi nacieszyć, biegała od domku do domku i wchodziła wciąż na nowo do środka.

Z Bullerbyn poszłyśmy zajrzeć na ulicę Awanturników, gdzie mieszkała Lotta i na Czerwcowe Wzgórze Madiki. Po drodze jednak trafiłyśmy całkiem przypadkiem do zamku Ronji i na ogromny plac zabaw. Odległości między poszczególnymi miejscami są dość duże, ale trudno się nudzić, jako że wzdłuż drogi rozstawione są zagadki. Można też spróbować swoich sił na torze przeszkód, który trzeba pokonać nie dotykając ziemi. Gdy dotarłyśmy do zagrody Emila, Katthult, byłyśmy już porządnie zmęczone - na szczęście właśnie zaczynało się kolejne przedstawienie, można więc było chwilę odpocząć. Znów po szwedzku, ale przecież historia o tym, jak Emil włożył głowę do wazy od zupy i nie mógł jej wyjąć byłaby zrozumiała pewnie nawet po chińsku.

Na koniec Ola zjechała wielką zjeżdżalnią z dachu Karlssona i kupiła obowiązkową pamiątkę w sklepiku Pippi. Zajrzałyśmy też do księgarni z książkami Astrid w różnych językach, gdzie spotkała nas miła niespodzianka!

A jeszcze kilka lat temu, gdy była tam Agnieszka_azj, nic po polsku nie można było w tej księgarni dostać.

Spędziłyśmy w świecie Astrid Lindgren wiele godzin, a i tak nie obejrzałyśmy wielu atrakcji. Może kiedyś wrócimy tam, gdy Ola będzie większa i będzie znała więcej książek - teraz była zachwycona tym, co widziała, i tego samego wieczoru rzuciła się na książki Astrid Lindgren, których przezornie zabrałyśmy całkiem sporo.

Zrobiło się już późno, udało mi się jednak rzucić jeszcze okiem na dom, w którym dorastała Astrid i pospacerować po parku, który go otacza.

Informacje praktyczne:

Astrid Lindgrens Värld, Vimmerby, Smalandia

Samochodem z Karlskrony (prom z Gdyni) ok. 3,5 godziny, z Malmö ok. 4 godz.

Wstęp w lecie: dorosły 295 SEK, dziecko 3-12 lat 175 SEK, w dniu urodzin wstęp za darmo!

Www: http://www.alv.se/en

piątek, 16 lipca 2010
Czasem slonce, czasem deszcz

Dzisiaj pada deszcz. Wlasciwie nie pada, a leje ciaglym, nieprzerwanym strumieniem. Wyjechalismy dzisiaj z Lofotow i przejechalismy na sasiednie wyspy, a konkretnie na najbardziej na polnoc wysunieta Andoye, skad mozna poplynac na obserwacje wielorybow. Taki koniec swiata - morze wszedzie, gdzie sie obejrzymy. Internet jeszcze drozszy, niz na Lofotach, ale chodzi szybciej niz u nas w domu...

Wczoraj obserwowalismy zachod i wschod slonca, ktore nastapily jednoczesnie - o polnocy. Niestety, slonce schowala sie za chmurami, widac bylo tylko waziutki pasek swiatla, ktory jednak i tak rozswietlil cala plaze na rozowo. Trudno bylo uwierzyc, ze to naprawde polnoc.

Tak samo trudno uwierzyc, ze w Polsce upal;)

czwartek, 15 lipca 2010
Slonce i wiatr na Lofotach

Co zrobic - Skandynawia praktycznie nie zna takiego pojecia jak kafejka internetowa. Gdy pytalismy o nie w Szwecji, aptrzono na nas jak na wariatow. Udalo sie wreszcie znalezc jedna az na Lofotach, cena polaczenia jest jednak iscie norweska. Wyglada na to, ze pelna relacja z wyjazdu pojawi sie dopiero po powrocie, chyba ze teraz kafejek bedzie wiecej...

Dotarlismy w kazdym razie na Lofoty, chlodne, lecz sloneczne, pelne jaskrow i koniczyny, lazurowych fiordow i zielonych zboczy, zupelnie inne niz to sobie wyobrazalam, nieprawdopodobnie piekne. Jest zimno, nawet bardzo zimno i spanie w namiotach jest wyzwaniem. Jasno jest przez cala dobe i tracimy calkowicie poczucie czasu.

Bylismy tez w Bullerbyn i w domu Astrid Lindgren, jechalismy w deszczu i sloncu przez niekonczace sie szwedzkie lasy, jest pieknie, pusto i dziko. Do uslyszenia!

poniedziałek, 05 lipca 2010
Na daleką Północ

Po wielokrotnych zmianach planów, nowych pomysłach pojawiających się i upadających co kilka dni, ostatecznie w tym roku ruszamy na Północ, w puste i chłodne przestrzenie Laponii. Ja i U byliśmy tam już 7 lat temu, ale krótko i planowaliśmy tam kiedyś wrócić. Splot wydarzeń z ostatnich miesięcy spowodował, że właśnie w tym roku ten kierunek okazał się idealny. Ruszamy więc samochodem, z namiotem, przez Szwecję, Norwegię i Finlandię. Ale jako że nie lubimy prostych rozwiązań, to dodajemy sobie trochę smaczku jadąc w 5 osób jednym autem! W skład ekipy wchodzą Gosia, Marta, Ukasz, ja i najmłodsza podróżniczka, Ola.

Wstępny plan wygląda tak:

  1. Płyniemy promem z Gdyni do Karlskrony 
  2. Jedziemy do Vimmerby, wioski Astrid Lindgren
  3. Sztokholm i Uppsala, ale tylko po kilka godzin w każdym z miast
  4. Dłuuuga droga na północ, być może przystanek w parku narodowym Stora Sjöfallet
  5. Archipelag Lofotów, uważany za jeden z najpiękniejszych na świecie, mnie pociągają najbardziej urocze rybackie wioski nad fiordami
  6. Z Lofotów jedziemy na półwysep Varanger, wielki, pusty płaskowyż, na którym mieszka 1,5 osoby na km2. Tam chcemy wejść na świętą górę Saamów - Tana horn, popłynąć na wyspę ptaków Hornoyę, wędrować po tundrze i wzdłuż wielkich rzek.
  7. Powrót przez Finlandię, z przystankiem w parku narodowym Urho Kekkonen
  8. Po drodze wizyta u świętego Mikołaja w Rovaniemi i w ogromnym parku rozrywki w centralnej Finlandii
  9. Na koniec, jeśli starczy nam czasu i sił, kilka dni na archipelagu Alandy
  10. Powrót do domu, prawdopodobnie przez Estonię, Łotwę i Litwę

Plan oczywiście może ulegać zmianom po drodze, jeśli nam się gdzieś spodoba, zostaniemy może na dłużej, rezygnując z innego miejsca. Marzę już o pustych przestrzeniach, rześkim arktycznym powietrzu, zimnym morzu i ciszy. Mam nadzieję, że będzie słonecznie, zwłaszcza na północy, gdzie słońce teraz świeci niemal całą dobę. Chcemy sfotografować przede wszystkim pejzaże, ale także mieszkańców tundry - renifery, lemingi, ptaki, i piękne kwiaty, które kwitną tylko tam. Mam nadzieję, że co jakiś czas znajdziemy kafejki internetowe i damy radę umieszczać regularne relacje, jak zawsze.

Widok z Tana Hornu.

wtorek, 22 września 2009

19.09.2009

Chiang Mai

Lot do Chiang Mai tym razem bez niespodzianek:) Punktualnie i zimno:))))) Na szczescie zaopatrzylismy sie w kocyki, ktore pozyczylismy od ukrainskich linii lotniczych;)

Lekko oszolomieni po nieprzespanych nocach, zmianie czasu i klimatem podreptalismy do hali przylotow gdzie czekal na nas NIcky, nasz 'opiekun z hostelu'. Zaladowalismy sie do van i prosto do hostelu. Wymienilismy pierwsze uprzejmosci, przy czym nasz Nicky caly czas zabawial nas rozmowa smiejac sie z dowcipow, ktorych do konca nie rozumielismy. Ale jak sie mialo okazac za kilka dni to nie dowcipy ani angielski tylko poczucie humoru jest lekko inne;)))

W hostelu jakos odzylismy i stwierdizlismy,z e mamy sily na zwiedzanie takiej gorki nie daleko Chiang Mai, Doi Sethup czy jaoks tak, oczywiscie z swiatyniami, ktorych jeszcze nie mielismy dosc. Nicky zalatwil nam wszytsko - vana, przewodnika itp. W Tajlandii nalezy zpaomniec o tym, ze chce zrobic sie cos samodzielnie. Wszystko, ale to wszystko jest zalatwiane i podstawiane pod nos, pod samiutki hostel (dla orientacji hostel wyniosl nas bagatela 80zl za dwie doby za 4 os).

Swiatynie nas dobily i jedyne o czym marzylismy to lozko. No i jak tu powiedziec 'opiekunowi grupy' - Nickiemu, ze nam sie chce spac skoro ten zaproponowal i zalatwil rowery na przejazdzki po miescie? No nic, postawilismy na asertywnosc. A co na to Nicky - za nami do pokoju i opowiada o tym jak to widac po nas, ze jestesmy zmeczeni i musimy sie przespac.Ale jak tylko odpoczniemy to on juz zalatwil dla nas na wieczor kolejna atrakcje - pokazy boksu tajskiego. Coz robic? No pojsc, wszak drugi raz odmowic nie wypadalo. No to poszlismy. Pokazy rozpoczely sie od walk malych chlopcow, potem dziewczynki i potem dorosli faceci . Szczerze powiedziawszy nie przepadam w ogole za tego typu sportem a ogladanie na zywo tego, jak dwoch facetow sie oklada niemilosiernie po nerkach ...... coz z Ania szybko wrocilysmy do hostelu podczas gdy reszta zostala do konca.

Pierwsze spostrzezenia - jedzenie rewelacyjne; z reguly nie wiemy co jemy ale nam wszystko smakuje; turystow na szczescie nie za wielu i hostele swieca pustkami; nocna  jazda tuk-tukiem - hmmm jak sie zapomni o klaustrofobii, ruchu lewokierunkowym i fakcie, ze jakos tak kierowca szybko jedzie to okazuje sie to byc calkiem fajna sprawa:)))

 

 

 

 

14:03, gosik05
Link Komentarze (1) »
Tajlandia, czyli prawie powtorka z rozrywki :)

Czujac lekki niedosyt w kwestiach alternatywnych po powrocie ekipy Campeones nr xxx postanowilam z kolejna ekipa wyruszyc tym razem do Tajlandii i przyjrzec sie z bliska temu podobno najbardziej komercyjnemu panstwu hmmm z lekkim przymruzeniem oka;)

Podroz rozpoczelismy 17.09 - juz od samego poczatku alternatywnie;) pojechalismy do stolycy, gdzie po jednym noclegu rano zamowilismy taksowke. Jak sie po kilkunastu minutach okazalo ... podalismy zly adres :)

Na Okeciu, po odprawie oczom naszym ukazal sie Boeing ukrainskich linii lotniczych. Na samym wstepie chcialabym zaznaczyc, ze ukrainskie linie , ktorych nazwy ze wzgledow komercyjnych nie podam;) mile nas zaskoczyly poniewaz .... uf dolecielismy na miejsce cali i zdrowi:) Ale ... juz w Kijowie zaczely sie problemy. Najpierw zmieniono nam nr bramki. Natepnie nasz lot zniknal calkowicie z tablicy wylotow. Poczytawszy troche fora przed wylotem stwierdzilam ze stoickim spokojem, ze mimo wszystko plan podrozy przebiega zgodnie z planem, bo tego sie spodziewalam:) Nastepnie okazalo sie, ze nasz lot jest opozniony o 3h. Pani w okienku informacyjnym oczywiscie ani w zab po ang ani po ros i jakby nigdy nic mowila, ze nic nie wie. Jak to bywa takie okazje sprzyjaja brataniu sie, zatem poznalismy m.in. ekipe z Polski, ktora leciala do Malezji.

Po 4h opoznienia wystartowalismy... ufff, to cos wznioslo sie w powietrze. A na pokladzie kolejna porcja rozrywki. Jak przystalo na lot wielogodzinny puszczono nam film.  W sluchawkach zadnego kanalu, na ktorym mozna bylo choc posluchac tego filmu, bo z ogladaniem kiepsko jesli ekran zaslania caly rzad krzeselek. Po kilkunastu minutach film wylaczono z powodow technicznych a wlaczono co ???????? CYRK!!!!!!!! i pokazy magikow - rewelejszyn;)

No i tak lecielismy 10h. Rano wyladowalismy w Bangkoku i okolo 11 zaladowalismy sie od razu na lot do Chiang Mai na pln. Nasz pierwsze komentarze po wyladowaniu?? ALE TU ZIMNO!!!!!!! Mielismy oczywiscie na mysli klimatyzacje na lotnisku, bowiem na zewnatrz wilgotnosc i temp. byly tak duze, za parowaly obiektywy w aparatach :)

 

 

 

 

13:39, gosik05
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2009
Home sweet home

Aaa, spalilismy sie na raka na Koh Tao! Nie wiem, jak to sie stalo. Smarowalismy sie filtrami obficie, i to porzadnymi 50 lub 60 plus, ale niestety, wystarczyl jednodniowy snorkeling trip i jestesmy buraczkowi. Glownie na nogach z tylu, co jest dosc klopotliwe, zwazywszy, ze trzeba bylo jakos przesiedziec 9-godzinna podroz do Bangkoku.

Ale warto bylo. Koh Tao jest dosc mala, niestety dosc mocno juz zagospodarowana (ale w porze monsunowej nie mozna wybrzydzac, bo te mniej zabudowane wyspy sa wtedy malo dostepne), ale za to rafy wokol wyspy sa fantastyczne! Gdy dojechalismy, lalo i to od kilku godzin, wiec bylismy lekko podlamani. W koncu miala byc plaza, slonce, palmy i rekiny, idealny koniec dosc meczacej jednak podrozy. Znalezlismy sobie nocleg, zaliczylismy burze i sztorm zamiast zachodu slonca, optymistycznie zabukowalismy wycieczke po plytkich rafach koralowych i innych nadajacych sie do snorkelingu (czyli takiego plywania pod powierzchnia w masce i z rurka) miejscach na nastepny dzien, i prosze - od kolejnego ranka slonce swiecilo nieprzerwanie az do naszego wyjazdu, sprawiajac, ze wszysztkie plany wypalily, a w ramach gratisu zdobylismy zdecydowanie nadmierna opalnienizne. Co gorsza, gdy lata temu plywalalam z rurka w Malezji, tez spieklam sie niemilosiernie, wiec powinnam teraz byc madrzejsza...

Zdjecia juz z domu, niestety nie podwodne. Za to po tej calodziennej wycieczce postanowilismy, ze przy  nastepnej okazji zrobimy sobie jednak kurs nurkowy!

Podroz do Bangkoku nieco, hmm, bolesna;) Dzisiaj zas, w palacym sloncu, zwiedzilismy oszalamiajaco zdobiony, zlocony i lsniacy palac krolewski, obejrzelismy 45-metrowego Budde, powloczylismy sie po turystycznym gettcie na Khao San, i oczywiscie, zrobilismy ostatnie zakupy, wydajac resztki miejscowej waluty. Jutro rano zas wsiadamy w samolot! Powiem szczerze, ze juz z przyjemnoscia mysle o wlasnym lozku...

Do uslyszenia z Polski!

środa, 09 września 2009
International

I znowu w Tajlandii. Juz miesza mi sie w glowie. Bo tak: w Tajlandii jezdza po lewej stronie i kierownice maja po prawej. W Kambodzy jezdza po prawej, a kierownice maja roznie, w zaleznosci od tego, w ktorym kraju kupili samochod. W Wietnamie jezdza tak jak u nas i kierownice maja jak u nas, za to nie maja zadnych przepisow ruchu drogowego.

Nastepnie waluty. W Tajladnii bahty, przelicznik dosc prosty, 1 dolar za mniej wiecej 33 bahty. W Kambodzy sie komplikuje. Maja riele, ale w obiegu sa tez dolary amerykanskie. Jesli cos kosztuje na przyklad 2,5 $, dajesz 5 $ i dostajesz reszte: 2 $ i 2,000 rieli. Trzeba sie dobrze orientowac, zeby sie polapac. W Wietnamie przechodzimy na dongi, dolary przyjmowane sa tylko gdzieniegdzie. Za to przelicznik bardziej skomplikowane - 1 $ to 18000 dongow. Jak juz sie nauczylam szybko przeliczac w myslach, znowu jestem w Tajlandii. I znowu nie wiem, ile co kosztuje...

Na lotniskach tez wszedzie sa jakies niespodzianki. W Wietnamie nie chcieli nas wypuscic z lotniska z bagazami, poniewaz oderwalismy od nich i wyrzucilismy te nalepki, ktore sa naklejane przy odprawie. Okazalo sie, ze bez nalepki wyjsc sie nie da. Z kolei w Bangkoku mozna wjechac sobie na pietro lotniska (np. zeby kupic cos do jedzenia), ale zjechac juz nie latwo, trzeba pokazac paszport i karte pokladowa. Zwazywszy, ze juz z samolotu wysiedlismy i przez imigracje przeszlismy, niektorzy karty pokladowe juz wyrzucili. Niespodzianka czeka takze na dworcu kolejowym. Zeby wyjsc, trzeba pokazac bilet. Oczywiscie, bilety tez zdazylismy wyrzucic juz na peronie;)

Jedyne, co sie nie zmienia, to niesmiertelne shake'i;) Jedyna roznica to to, ze w Sapa byly bez lodu, bo tam bylo za zimno na lod (oczywiscie zdaniem miejscowych). No i w gatunkach piwa tez sie juz dobrze orientujemy, gdzie jakie warto pic. Aczkolwiek, zeby nie bylo za latwo, w Tajlandii nie sprzedaja piwa przed 11 rano i miedzy 14 a 17!

W kazdym razie, jestesmy juz znowu w Bangkoku. Z Sapa do Hanoi przyjechalismy nocnym pociagiem, bardzo porzadnym, spalo sie w nim swietnie. W Hanoi bylo parno i duszno, ale twardo przemierzylismy cale centrum na piechote. Odwiedzilismy Swiatynie Literatury, zalozona, bagatela, w 1070 roku. Juz w XII wieku byl tam uniwersytet! Potem spedzilismy pol dnia snujac sie po uliczkach starego miasta. Kazda uliczka specjalizuje sie w jakims fachu. Sa uliczki sprzedawcow farb, naprawiaczy maszyn do szycia, kamieniarzy robiacych na ulicy nagrobki, sa uliczki z zabawkami, z ceramika, z porcelana. Wszystko sie dzieje na ulicy, wlasciwie tam wszyscy spedzaja na ulicy zycie. Nakupilismy tyle rzeczy, ze sie nigdy nie przyznam;) Jesli chodzi o zakupy, Wietnam jest fantastyczny. Jedwabne szale, torebki, torebeczki, wyroby z drewna (pudeleczka, puzderka, wachlarze, figurki), bizuteria, obrazy i wszystko, co tylko mozna wymyslic. Oczywiscie wszystko w smiesznych cenach, gdyby nie to, ze trzeba to jakos zmiescic do plecaka i nie przekroczyc limitu bagazu, pewnie wydalabym tam wszystkie pieniadze.

Dzisiaj zas kolejne linie lotnicze, tym razem Air Asia, i znowu Bangkok, ktory teraz wydaje sie niesamowicie cywilizowany. Czeka nas dzis znowu nocna jazda, tym razem na poludnie. Jutro rano ladujemy na Ko Tao, niewielkiej wyspie. Czuje juz kazdy miesien plecow od noszenia tych ciezarow, wiec nie moge sie juz doczekac nurkowania i leniuchowania!

P.S. Kolezanka pyta sie, co dzisiaj jedlismy dobrego. Ukasz na to, ze hamburgera;) I taka jest smutna prawda, w dodatku nas to podekscytowalo, po dwoch tygodniach na ryzowej diecie;)

P.S.2 Umiem juz zjesc caly posilek paleczkami, nawet sypki ryz! Oczywiscie, jak juz sie tego nauczylam, to zaczeli nam podawac normalne sztucce;)

poniedziałek, 07 września 2009
W krainie gorskich plemion

Jesli mielibysmy wrocic tylko w jedno miejsce ze wszystkich, ktore odwiedzilismy do tej pory, bylaby to Sapa. Trzy dni tutaj uplynely nie wiadomo kiedy. Sapa to stacja gorska zbudowana na poczatku XX wieku przez Francuzow. Po wszystkich zawierucha wojennych, ktore przeszly przez ten piekny region, teraz odradza sie jako turystyczna destynacja, i bardzo slusznie. To niewielkie miasteczko polozone jest wyjatkowo malowniczo na wysokosci 1650 metrow wsrod tarasowych pol ryzowych, w cieniu wysokich gor, wsrod ktorych jest najwyzszy szczyt Wietnamu, Fansipan, o wysokosci 3143 m n.p.m. Okoliczne gory zamieszkane sa nie przez Wietnamczykow, ale przez liczne mniejszosci narodowe, ktore wciaz nosza piekne stroje tradycyjne. Mozna ich spotkac w miasteczku, ale takze na wszystkich gorskich szlakach i w okolicznych wioskach. Sa bardzo mili, usmiechnieci, chetnie zagaduja (oczywiscie czesto z podtekstem, chcac sprzedac jakies pamiatki, ale nie zawsze). W okolicach Sapa mieszkaja tzw. Black H'mong oraz Dzao, nieco dalej zas przepieknie, kolorowo ubrani Flower H'mong. Ich zdjecia na pewno wkrotce pokazemy.

Czesc ekipy sie rozleniwila i pierwszy dzien spedzila na odpoczynku, Ukasz i ja jednak postanowilismy sie nie poddac i od razu pierwszego dnia, prosto z nocnego autobusu, wyruszylismy na trekking. Gdy wychodzilismy, pogoda byla piekna, jednak zdolalismy dojsc jedynie do pierwszej wioski, gdy z nieba nagle lunela woda. Zdolalismy sie schronic pod malutkim daszkiem wioskowego straganiku. Stalismy tam ponad pol godziny, woda lala sie strumieniami, czesciowo tez po nas. Obok nas toczylo sie jednak zwykle zycie. W bajorku taplaly sie kaczki, po drodze biegaly malutkie, czarne swinki wietnamskie. Wlascicielka straganu usiadla kolo nas, wyszywajac jakas chusteczke. Bylo calkiem ciekawie, jednak po pol godzinie zaczelismy sie troche niecierpliwic i obawiac, ze z trekingu nici. Cierpliwosc nasza zostala jednak nagrodzona- wreszcie zza chmur wyszlo slonce, cala dolina zaczela lsnic, gory i pola ryzowe parowaly, bylo pieknie. Gdy doszlismy do wioski, ktora byla naszym celem, zauwazylismy, ze jest bardzo niewielu ludzi. Okazalo sie, ze wszyscy mieszkancy tlocza sie w jednej stodole, w ktorej stoi telewizor. Zajrzelismy zaciekawieni do srodka i na ekranie zobaczylismy "Wladce pierscieni":)

W niedziele wynajelismy jeepa z kierowca i udalismy sie w dosc dluga trase po okolicy. Pierwszy punkt to Bac Ha i slynny niedzielny targ. Schodza sie tam ludzi z plemienia Flower H'mong. Kobiety sa ubrane tak kolorowo, ze biednemu fotografowi po chwili zaczyna krecic sie w glowie. Setki pieknych ludzi, ubranych w dzikie barwy, kupuja bawoly, swinskie lby, warzywa, ubrania, w tym tradycyjne, wyszywane koralikami spodnice i nakrycia glowy. Ukasz stwierdzil, ze nie moze zniesc tylu kolorow na raz i zalozyl czarno-bialy film;)

Kolejne miejsce to wodospad, niezbyt atrakcyjny. Silver Waterfall, faktycznie srebrny, bardzo wysoki, ale otoczony ze wszystkich stron schodkami i budkami.Na szczescie kilka kilometrow dalej wyjechalismy na przelecz polozona na wysokosci 2900 m n.p.m., z ktorej roztaczal sie tak piekny widok, ze postanowilismy zostac tam do zachodu slonca.

Wieczorem na tarasie przed naszym pokojem (polecam Pinochio Hotel, 3$ za osobe, a widok niesamowity!) skonsumowalismy wreszcie ciepla Hanoi Vodka. A na kolacje kaczka w miodzie z sezamem, pycha!

Mialam juz troche dosyc i bardzo chcialam sie wreszcie wyspac, ale kiedy Ukasz po 5 rano powiedzial, ze zapowiada sie dobry wschod, zwleklam sie resztakmi sil. Cale szczescie, jakbym tego nie zrobila,to chyba bym sie rzucila potem z tarasu z rozpaczy. Bylo pieknie. Pojechalismy moto taksowka. Wyobrazcie to sobie - na jednym motorze jechal kierowca, ja i Ukasz, oboje z plecakami ze sprzetem i ze statywami. A droga kamienista i stroma. Za to potem kilka godzin spaceru po zboczu, a sloneczko oswietlalo na zloto pola i lasy. Podobno w Sapa rzadko swieci slonce, jesli tak, to mielismy niesamowite szczescie!.

Dzisiaj wracamy do Hanoi nocnym pociagiem. Ciekawa jestem, jak bedzie wygladal. Autobus byl, hmm, ciekawy. Wypasiony dekor, zlocenia, a wszystko tonelo w brudzie. Wszystkie miejsca zajete, a ze Azjaci sa od nas mniejsi, to i przestrzenie przed siedzeniami maja mniejsze. Duzo mniejsze. Ja jednak jestem tu tak zmeczona, ze spalam jak dziecko,dopoki nad ranem nie obudzono nas brutalnie, aby nas przegonic do drugiego autobusu. W naszym zostalo za malo ludzi, zeby kierowcy chcialo sie jechac do konca trasy;)

Do uslyszenia z Hanoi!


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7